PL EN DE

„Mamy moralne prawo, ale…" O reparacjach w Gościu Niedzielnym

2017-09-21

Mamy moralne prawo, ale…

Problem z reparacjami wojennymi nie sprowadza się do tego, czy nam się należą, ale w jaki sposób możemy je od Niemców otrzymać.

Polska była pierwszą i najboleśniej doświadczoną ofiarą II wojny światowej. Wyszła z niej terytorialnie okrojona, pozbawiona suwerenności. Życie straciło przeszło 6 mln obywateli. Straty i szkody materialne w mieniu państwowym i prywatnym wyniosły ponad 258 mld przedwojennych złotych. To około 48,8 mld dolarów amerykańskich, przy zastosowaniu kursu z sierpnia 1939 r., zgodnie z którym 1 dolar odpowiadał 5,3 zł (podaję za Opinią prawną Biura Analiz Sejmowych). Polska straciła podczas wojny 38 proc. majątku narodowego, a np. Francja zaledwie 1,5 proc., natomiast Wielka Brytania niecały procent.

Jednostronne oświadczenie

W Poczdamie zwycięskie mocarstwa zdecydowały, że Polska otrzyma reparacje wojenne z części majątku, jaki dostał Związek Sowiecki. Podział świata na dwa zwalczające się bloki militarne spowodował, że i tego nie dostaliśmy. W połowie sierpnia 1953 r. Moskwa zrezygnowała z dalszego pobierania reparacji, a 23 sierpnia 1953 r. podobną decyzję podjęły władze w Warszawie. W oświadczeniu Rady Ministrów, podpisanym przez premiera Bolesława Bieruta, czytamy m.in.: „Rząd PRL – pragnąc wnieść swój dalszy wkład w dzieło uregulowania problemu niemieckiego w duchu pokojowym i demokratycznym oraz zgodnie z interesami narodu polskiego i wszystkich pokój miłujących narodów – powziął decyzję o zrzeczeniu się z dniem 1 stycznia 1954 r. spłaty odszkodowań na rzecz Polski”. Ten dokument jest dzisiaj przywoływany zarówno przez stronę niemiecką, jak i przez sporą część polskich ekspertów jako formalne zrzeczenie się przez Polskę reparacji wojennych oraz odszkodowań ze strony Niemiec.

Czy to jednostronne oświadczenie stanowi skuteczne źródło zobowiązań międzynarodowych? W ostatnim czasie mieliśmy do czynienia z dwoma, sprzecznymi komunikatami w tej sprawie. Min. Marek Magierowski, podsekretarz stanu w MSZ, odpowiadając w sierpniu na interpelację poselską w tej sprawie stwierdził: „Niezależnie od współczesnych ocen tego faktu w przeważającej części polska doktryna skłania się ku stanowisku, że oświadczenie z 1953 r. stanowi wiążący jednostronny akt Państwa Polskiego – podmiotu prawa międzynarodowego. Zgodnie z zasadami prawa międzynarodowego przy ocenie aktów jednostronnych należy wziąć pod uwagę zamiar wywołania skutków prawnych oraz publiczny charakter oświadczenia. W tych aspektach brak podstaw, aby zakwestionować moc prawną oświadczenia z 1953 r.”. Zupełnie inaczej rzecz ujęto w ekspertyzie sejmowego Biura Analiz, którą opublikowano miesiąc później. Jej autor dr hab. Robert Jastrzębski przekonuje, że zasadne jest twierdzenie, że Rzeczpospolitej Polskiej przysługują wobec Republiki Federalnej Niemiec roszczenia odszkodowawcze, a twierdzenie, że roszczenia te wygasły lub uległy przedawnieniu, jest nieuzasadnione. Wniosek z lektury tych tekstów jest oczywisty. Zanim zaczniemy występować z roszczeniami wobec Niemiec, musimy mieć pewność, co do ich prawnej podstawy. W tej chwili jej nie mamy. 

Szanse są ograniczone

Na pytanie jakie są szanse, aby otrzymać odszkodowanie wojenne od Niemiec prof. Krzysztof Miszczak z Instytutu Prawa Szkoły Głównej Handlowej odpowiada, że są ograniczone. – Nawet zakładając, że jednostronna deklaracja rządu PRL z 1953 r. nie była suwerenna, a więc nie jest skutecznym zrzeczeniem się polskich praw do odszkodowań, co zresztą jasno wynika z faktu, że także później, zarówno strona niemiecka, jak i polska do tej kwestii wracały. Podstawowa trudność w tym zakresie wynika z faktu, że w jurysprudencji międzynarodowej utrwalony jest pogląd, że wraz z traktatem zjednoczeniowym w 1990 r., w którym wprawdzie kwestia reparacji nie była podnoszona, wszystkie kwestie sporne dotyczące II wojny światowej zostały ostateczne zamknięte. Mimo, że kwestia reparacji nie była w nim podnoszona. W 2010 r. Międzynarodowy Trybunał w Hadze rozpatrywał skargę rządu niemieckiego na orzeczenie włoskiego Trybunału Kasacyjnego z 2008 r., dopuszczającego możliwość indywidualnych roszczeń obywateli Włoch z tytułu strat, jakie ponieśli w czasie wojny. Trybunał rozstrzygnął tę sprawę na korzyść władz niemieckich. Orzekł mianowicie, że w takich kwestiach nie można pozywać państwa niemieckiego, gdyż chroni je immunitet międzynarodowy. Ten wyrok jest do dzisiaj przytaczany we wszystkich niemieckich analizach na temat ewentualnych reparacji wojennych.

Włoska próba

Przykład włoski jest godny przypomnienia, gdyż dobrze ilustruje trudności piętrzące się przed państwem próbującym dochodzić odszkodowań dla swych obywateli. Sprawa zaczęła się w  2008 roku, kiedy Sąd Najwyższy w Rzymie nakazał państwu niemieckiemu wypłatę jednego miliona euro odszkodowania rodzinom dziewięciu Włochów zamordowanych przez Niemców. W 1944 r. w odwecie za atak partyzantów na żołnierzy Wehrmachtu, Niemcy w miejscowościach Civitella, Cornia i San Pancrazio (Toskania) rozstrzelali 203 osoby, w tym wiele kobiet i dzieci. Jak wspomniał prof. Miszczak, Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w 2010 r. przyznał rację niemieckiej stronie, ale nie zamknęło to sprawy. Choć w 2013 r. włoski parlament, wykonując decyzję Trybunału w Hadze, przyjął uchwałę wprowadzającą treść tego orzeczenia do włoskiego systemu prawnego, została ona zaskarżona przed włoskim Trybunałem Konstytucyjnym. W 2014 r. w bezprecedensowym wyroku włoski Trybunał orzekł inaczej, aniżeli Haga. Stwierdził, że skoro obywatele Włoch nie mogą ubiegać się o odszkodowanie przed niemieckim sądami, mogą to robić przed sądami włoskimi. Niemcy muszą wypłacić zasądzone odszkodowanie poszkodowanym obywatelom włoskim, gdyż zasada prawa międzynarodowego gwarantująca państwom immunitet wobec skarg ze strony osób cywilnych, nie obowiązuje w przypadku zbrodni wojennych oraz zbrodni przeciwko ludzkości. Sprawa nie jest zakończona, ale może być dla Polski niezwykle interesującym przykładem, jak przy niekorzystnych orzeczeniach trybunałów międzynarodowych kontynuować zabiegi o odszkodowania.

Trzeba kalkulować

– Stan prawny nie zmienia faktu, że moralnie mamy prawo dopominania się o zadośćuczynienie za krzywdy wyrządzone narodowi polskiemu podczas niemieckiej okupacji - podkreśla prof. Miszczak. Jeśli jednak mówimy o kwestiach prawnych, wyrok Trybunału w Hadze, powinien być uwzględniany w naszych rozważaniach i kalkulacjach. Czym innym jest prowadzenie politycznych dywagacji na temat tego, że odszkodowanie nam się należy, a czym innym podjęcie odpowiednich działań na forum międzynarodowym przez rząd RP.  

 W tym zresztą upatruję największą słabość ekspertyzy Biura Analiz Sejmowych, która nie odpowiada na pytanie, jakie kroki mamy przedsięwziąć, aby reparacje otrzymać, a nie tylko uczynić z tego temat debaty publicznej - dodaje.  Jestem przekonany, że jeśli mamy szanse na otrzymanie jakichkolwiek środków, to jest to możliwe jedynie na drodze politycznych rozmów i negocjacji z rządem niemieckim. Podobną opinię, co prof. Miszczak wyrażali inni eksperci, wskazując na przykład na zniszczenie przez Niemców Warszawy, co samo w sobie domaga się symbolicznego zadośćuczynienia. W tym duchu, zdaje się, przebiegała także rozmowa prezydenta Andrzeja Dudy z prezydentem Frankiem-Walterem Steinmeierem na Malcie, do której doszło, co warto podkreślić, z inicjatywy niemieckiej.

Wytrwale bez emocji

Moment rozpoczęcia dyskusji o odszkodowaniach nie został wybrany fortunnie, gdyż na finiszu niemieckiej kampanii wyborczej. Chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie wyobraża sobie, aby w takim czasie jakakolwiek niemiecka partia deklarowała gotowość do ustępstw w tej kwestii. – Niemcy nam tych pieniędzy nie wypłacą, bo gdyby doszło do precedensu w tej sprawie, natychmiast odezwą się inne narody, zauważa prof. Miszczak. – Dotąd  przy wszystkich wypłatach ze strony Niemiec, świadczonych wobec Polaków, podkreślano, że nie są to odszkodowania, ale dobrowolny gest humanitarny wobec pewnej, szczególnej kategorii ofiar. Dlatego bardziej realne wydaje mi się rozwiązanie tej kwestii poprzez utworzenie kolejnej fundacji albo wykorzystanie istniejącej aniżeli forsowanie wypłaty reparacji wojennych - podkreśla prof. Miszczak.

Trudno nie zgodzić się z tą opinią. Moim zdaniem musimy szukać rozwiązań, które będą także do przyjęcia przez stronę niemiecką. Niemcy reparacji po prostu nam nie wypłacą, gdyż oznaczałoby to przekreślenie całej niemieckiej polityki w tym zakresie. Równie ważne jak zadośćuczynienie finansowe byłoby jednoznaczne reagowanie władz niemieckich na obecne w ich przestrzeni medialnej określenia typu polskie obozy koncentracyjne” . To nie my powinniśmy prostować oczywiste kłamstwo, ale reagować powinny instytucje niemieckie. Miałoby to istotne znaczenie dla polskiej opinii publicznej. Według prof. Miszczaka  być może politykom, którzy zainicjowali tę dyskusję, nie chodziło wcale o uzyskanie odszkodowań, ale zneutralizowanie Niemiec przy okazji innych kwestii w Unii Europejskiej. Można to rozumieć, jako próbę moralnego zakwestionowania niemieckiego przywództwa w Unii. Być może będzie to skuteczne, ale zapłacimy za to popsuciem relacji z Niemcami, naszym głównym partnerem gospodarczym i jednym z najważniejszych sojuszników wojskowych w NATO. To na terytorium naszego zachodniego sąsiada stacjonują główne siły USA, gotowe do reagowania w przypadku zagrożenia ze Wschodu. Chyba, że planujemy obronę jedynie w oparciu o natowski batalion stacjonujący pod Orzyszem. Prof. Miszczak zwraca jednak uwagę, że w tym sporze jest pewna szansa. – Możemy zbudować nasze relacje na prawdzie historycznej, która ostatnio coraz częściej bywa rozmywana, zwłaszcza na obszarze mediów i kultury, dodaje. 

Andrzej Grajewski GN 38/2017 

http://gosc.pl/doc/4196591.Mamy-moralne-prawo-ale

http://krzysztofmiszczak.pl/_ftp/Mamy_moralne_prawo_ale. Gość Niedzielny_38-20171.pdf